Kiedyś, w pewnym bardzo ważnym w moim życiu momencie stanęłam na poboczu i wyciągnęłam kciuka. Kiedy wsiadłam do samochodu ten zawsze wielki i nieosiągalny w moim umyśle świat, nagle skurczył się do rozmiarów mapy, a kilka podróży później jego granice stały się granicami wyobraźni. Odpuściły wszelkie tęsknoty, pragnienia i głębokie, przeszywające na wskroś cierpienie towarzyszące spoglądaniu na horyzont, kiedy akurat byłam w drodze do pracy czy szkoły. Została czysta radość dnia dzisiejszego, szeroko otwarte oczy i równie szeroko rozpostarte ramiona, przyjmujące wszystko, co się przydaża. Cudowne, błogie poczucie niczym nieograniczonej wolności. Pewność i siła płynące z wnętrza, dające poczucie równowagi nawet na bardzo niestabilnym gruncie.
Jeszcze w ciąży, leżąc dwa miesiące uwięziona w łóżku i skręcając się z nieznośnych fal tęsknoty za przestrzenią, obiecywałam sobie, że jak w końcu będę mogła się swobodnie poruszać, to znów wyruszę w drogę. Że dziecko, to przecież zadna w sumie zmiana, bo przecież, co dziecku do szczęścia potrzeba? Mamę, jedzenie, spanie, siku, kupę i przecież nic poza tym, przecież ludzie kiedyś tam prowadzili koczowniczy tryb życia i w sumie nadal gdzieniegdzie prowadzą i przecież oni też mają dzieci.
Miałam zamiar miesiąc po porodzie jechać jak najdalej od śmierdzącego, zakurzonego Krakowa, w którym przyszło mi mieszkać...
Życie nieco zweryfikowało moje plany. Najpierw okazało się, że moja mała córeczka musi mieś powtórzone ważne badanie trzy miesiące po porodzie, niedługo potem okazało się, że muszę wybierać między pójściem pod prysznic, a zrobieniem sobie czegoś do jedzenia :) Że dziecko jednak potrzebuje trochę więcej niż wcześniej przypuszczałam i że jestem w to wszystko bardzo zaangażowana...
Mimo wszystko w trosce o małe płuca Maliny, kombinowałam jakby tu się wyrwać choćby na chwilę przy niezbyt wielkim budżecie i udało mi się.
Kiedy pierworodna miała dwa miesiące i smog zaczął przesłaniać nam widok za oknem, w towarzystwie jej taty wyjechałyśmy na wieś na zadupie wrzechświata, godzinkę drogi od Miasta Królów Polskich.Tam też złapałyśmy pierwszego wspólnego stopa i w spokojnej atmosferze patrzyłyśmy jak nadchodzi jesień.
Nie wiem, czy zauważyliście ten magiczny moment, kiedy zwierzęta robią się niespokojne, ptaki po prostu szaleją w powietrzu, robi się straszna zawierucha, jakby trochę wieje grozą i nagle spadają prawie wszystkie liście z drzew. Czasem mam wrażenie, że aż huczy :)
Wraz z jesienią nadszedł wreszcie termin badania, którego wynik na szczęście okazał się dobry i mogłyśmy ruszyć w drogę.
Tutaj wielki ukłon w stronę mojej wspaniałej mamy, która podwiozła nas z Krakowa do Huelvy, zgadniając po drodze tatę Maliny z Poznania.
Podróż zajęła nam pięć dni...Pierworodna nie była nauczona robić siku do pieluszki i nie przepadała za jazdą w foteliku, więc były nagłe przerwy w dziwnych miejscach na siku, jedzenie, ćwiczenie itd. Dzięki takim przystankom odwiedziliśmy parę małych, sympatycznych miasteczek, dziwne zajazdy i zjazdy z autostrady.
Bylismy nawet podejrzewani przez Guardię Civil o przewóz nielegalnych substancji odurzających...
-?Hablas Espagnol?
-mm (przeczące zdecydowane ruchy głowy)
-?turistas?
-mhm (tym razem ruchy potakujące)
-marihuana? (wskazał pan na bagażnik)
-hahahahahaha!
-...(panowie wsiedli do wozu i odjechali bez słowa)
Dwa nodlegi spędziliśmy w aucie, dwa w motelach. W samochodzie w górach w Hiszpanii było nieco chłodno, moja mama co jakiś czas budziła się zmarznięta, żeby zapalić i trochę ogrzać wnętrze dmuchawą. Na szczęście ja z Maliną spałyśmy smacznie pod cieplutkim puchowym śpiworem, więc budziłyśmy się tylko, żeby zrobić siku i ewentualnie zmienić pieluchę.
Jeżeli chodzi o jedzenie, to los matki karmiącej niemowlę z kolkami w drodze jest ciężki...ryż gotuje się zdecydowanie za długo, a we wszelkich przydrożnych knajpkach raczej próżno można szukać czegoś nie smażonego,bez tony soli, tłuszczu, czy cukru. Niestety nie przewidziałam swojego wielkiego głodu i wszystko co miałam z domu zjadłam w pierwsze dwa dni. W Niemczech raz udało mi się dostać trochę warzyw i biały ryż z relatywnie małą ilością tłuszczu, w Hiszpanii za to całkiem niezły obiad w jednej z przydrożnych wiosek, ale generalnie jechałam na waflach ryżowych.
Nawet gładko poszła nam droga, mimo wyszukiwania bezpłatnych autostrad i w końcu dotarliśmy do portu w Huelvie. Pożegnaliśmy się z mamą i w końcu wsiedliśmy na prom na Teneryfę.
Na promie znaleźliśmy własny kąt i postanowiliśmy się rozgościć, co nie przeszkadzało nikomu przez pierwsze dwa dni, a potem nie wiedzieć czemu zaczęło...w nocy mimo moich usilnych starań, żeby osłonić córę od świateł i dźwięków, żeby mogła się wyspać, nie byłam w stanie za wiele zrobić.
Koło 22 do 23 wkraczali animatorzy...zawsze z tą samą piosenką, zawsze równie głośno. Do tej pory rozbrzmiewa w mojej głowie " Are you gonna dance with me?! Shake your ass! And turn around!"
Ostatnią noc spędziliśmy na tarasie widokowym, smagani wiatrem, śpiąc pod śpiworami i stertą ubrań, żeby dziecka nie przewiało.I po przystanku na Fuertaventurze czy Lanzarotte w końcu dotarliśmy na Teneryfę, gdzie poznany na promie bardzo miły rodak podwiózł nas do El Medano, w którym czekała już na mnie moja siostra z "zarezerwowanym" miejscem w kontenerze :)
czwartek, 20 sierpnia 2015
czwartek, 30 kwietnia 2015
Zanim zacznę opowiadać tu swoją podróż, napiszę coś co przyszło mi dziś do głowy, gdy pewna kobieta powiedziała mi, że ona też, jak pewien chłopak i wielu innych, szuka :)
"Proszę Pani, niepotrzebnie Pani szuka. Zapewniam Panią, że wszystko czego Pani szuka jest tutaj :)"
Kocham być mamą :) Bycie mamą to swoista wykańczająco-odprężająca mieszanka, która sprawia, że każdego dnia nie mam nawet szansy wymyślać siebie... Po prostu jestem, kocham, podążam za rytmem, nie zastanawiam sie, tylko widzę, czuję, nasłuchuję... Jestem wolnym czujnym zwierzęciem, uważnie stawiającym każdy miękki krok i to jest piękne :)
A to zdjęcie mojej pierworodnej
z małej przedwyprawowej wycieczki w okolice Gdyni :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
